Tag Archives: palindrom

Napada panu do piwa!

Wygrał tę wycieczkę dzięki krzyżówce. To znaczy, dzięki temu, że wysłał jej prawidłowe rozwiązanie do gazety, a potem gazetowa sierotka wylosowała je spośród tysiąca innych. A jeśli chodzi o szczegóły, to był to jeden z tych zeszytowych miesięczników z miłą panią na okładce, których całe szpalery uśmiechały się do niego z półek przydrożnego kiosku. Nigdy nie pozostawał obojętny na ich wdzięki i chętnie zabierał jedną z nich do domu. Tym razem była to długowłosa szatynka. To ona przyniosła mu szczęście, choć wpierw postawiła przed nim nie lada wyzwanie w postaci trzystu krzyżówek, jolek i rebusów, jakie zawierało pismo z jej podobizną. Mariusz rozwiązał je wszystkie. I wygrał.

Miał zresztą w tym pewną wprawę; od lat spędzał prawie wszystkie wieczory nad egzemplarzem „Rozrywki” czy innego pisma szaradziarskiego. Bawił się świetnie, szczególnie przy krzyżówkach z przymrużeniem oka. He, he, he – śmiał się pod nosem wpisując wolno rozwiązanie do hasła „mebelek na talerzyku” -k-a-n-a-p-ka literował. I za chwilę hahahaha kościelne narządy – dobre hahha -o-r-g-a-n-y. Hahaha.

Na co dzień pracował na taśmie produkcyjnej fabryki telewizorów. Jego zadanie polegało na precyzyjnym umieszczaniu miniaturowych śrubek w ściśle określone w instrukcji miejsca. Był w tym dobry. Nigdy się nie mylił. W związku ze swoją pracą, właśnie, przygotował odpowiedź na zapytanie czy oglądał ostatnie wydanie wiadomości, albo jakiś szczególnie emocjonujący film ”Wiecie, ja to już tyle się tej telewizji w pracy naoglądam, że w domu nie muszę. Nie włączam nawet.”

No chyba, że akurat była Liga Mistrzów. To wtedy, tak. Na czas rozgrywek jego ulubionej drużyny piłkarskiej, krzyżówki wędrowały na półkę pod ławą ustawioną po środku pokoju między kanapą a telewizorem, a ich miejsce zajmowały puszki z piwem i paczki czipsów. Przychodzili koledzy. Był mecz.

Koledzy zresztą, wiedzieli, że Mariusza odwiedza się tylko wtedy. Poza dniami transmisji meczów nie warto było nawet próbować. Nie przyjmował gości. Tak naprawdę podchodził bezszelestnie do drzwi i sprawdzał przez judasza, kto próbuje oderwać mu dzwonek, tak niemiłosiernie nim wydzwaniając, ale prawie nigdy nie otwierał. Takie miał zasady.

Nic nie było w stanie oderwać go od powolnej kaligrafii liter w czarno-białej scenerii krzyżówek oraz od wnikliwego kartkowania encyklopedii i wielotomowych słowników w poszukiwaniu rozwiązań do szczególnie wymagających haseł. Zakupowane w sprzedaży wysyłkowej wydawnictwa encyklopedyczne i leksykony zalegały na wszystkich dostępnych w jego domu regałach i szafkach. Sterty miesięczników z krzyżówkami tworzyły równe słupy prawie od ziemi do sufitu. Nie lubił się z nimi rozstawać, bo jego fotograficzna pamięć pozwalała mu zawsze odszukać numer zawierający akurat to hasło, nad którym właśnie się głowił.

Trzeba jednak przyznać, że coraz rzadziej autorzy krzyżówek mogli go czymkolwiek zaskoczyć. Wiedział naprawdę dużo. Aż zagryzał wargę z przejęcia wpisując w sąsiadujące ze sobą kratki- a-p-e-k-s, to oczywiste że punkt, w kierunku którego porusza się Słońce względem innych gwiazd to apeks, o, a tu będzie p- ę- p-a-w-a, czyli bylina porastająca wilgotne łąki i moczary.„He, nie ze mną takie numery.”

Mariusz, przy tym, lubił dzielić się swoja wiedzą. Wszędzie i ze wszystkimi. Wpadał w długie tyrady podczas przerw śniadaniowych w pracy prezentując różnice między apopleksją a apostazją, w związku z czym, coraz mniej kolegów przysiadało się do jego stolika. Zazwyczaj też randki w ciemno narajane mu przez kolegów i członków rodziny kończyły się po pierwszym spotkaniu. Mimo szarmanckiego zaproszenia do kawiarni, rozmowa z nowo poznaną panną nie kleiła się wcale i wkrótce zamieniała w monolog Mariusza na dowolnie zadany temat. No, nie miał powodzenia u kobiet. A mógłby.

Mógłby je mieć, gdyby tylko bardziej się do znajomości przyłożył. Jego ciemna grzywka i zawsze nienagannie ogolona twarz budziły zaufanie kobiet. Czuł na sobie ich spojrzenia, gdy bezwiednie rozglądał się na przykład po sklepowych półkach. Do tego trochę nieśmiałe oczy i wysoka prosta sylwetka robiły swoje. Gdyby tylko umiał skupić się na nich, a nie na tym co właśnie miał do powiedzenia z dziedziny ekonomii, historii czy filozofii. Ale najwyraźniej nie chciał.

Chciał jedynie rozwiązywać łamigłówki. Każdy rozszyfrowany anagram, czy rebus dostarczał mu nieporównywalnych z niczym dreszczyków emocji. Wykorzystywał też swój twórczy potencjał układając pracowicie palindromy. Czytał je potem w kółko od tyłu i od przodu zachwycając się własnym geniuszem. Jeden z nich zawierający jego własne imię, a brzmiący „ A to Mariuszu i ramota” załączyło pismo obok utworów samych mistrzów, takich jak „Aga naga” czy „Na Monikę kinoman”.

Wysyłanie cotygodniowej korespondencji do pism szaradziarskich stało się jego rytuałem Mariusza.

Swoim zwyczajem wkładał do niebieskiej koperty równo wycięte kupony z ostatniej strony pisma, które wcześniej wypełnił swoimi i ozdobionymi tu i ówdzie fantazyjnymi zawijasami literami i adresował zamaszyście do redakcji. Rozbił tak z przyzwyczajenia nie oczekując na żadne niespodzianki. Dlatego brak wygranej od lat nie odczytywał wcale jako swojego pecha. Po prostu wysłanie prawidłowego rozwiązania było dla niego jak obowiązek, jak sukces wieńczący dzieło i jak kropka nad i, której nigdy nie zapomniał, nawet w najmniejszych polach krzyżówek.

Ale tym razem było inaczej. Tym razem wygrał. Z osłupieniem odczytał listę nagrodzonych. Jego nazwisko widniało przy głównej nagrodzie! Była to siedmiodniowa wycieczka. Do Kołobrzegu. Pobyt w uzdrowisku, z wyżywieniem i podstawowym pakietem zabiegów. „Tylko za bilet w tą i z powrotem będę musiał zapłacić. A poza tym, to full wypas”- relacjonował kolegom w pracy. A gdy słyszał ich gratulacje, albo wprost wyrazy zazdrości, kwitował je krótkim: „Taki traf. Trzeba skorzystać. A co!”

W dniu wyjazdu, ubrany w najlepszą ze swoich kraciastych koszul pakował do walizki wypchanej dokumentnie kilkoma zmianami bielizny i ubraniami na wszelkie rodzaje pogody kilka egzemplarzy najnowszych krzyżówek. Całą podróż pociągiem spędził na rozwiązywaniu ich nie przejmując się zbytnio płaskim krajobrazem mijanych pól i łąk za oknem. Po przyjeździe bez problemu odnalazł pensjonat „Złoty Piasek”,w którym miał być zakwaterowany. Był to piękny secesyjny budynek w bardzo bliskiej odległości od plaży. Prezentował się doskonale.

Mariusz zadowolony wszedł do środka. Na portierni zastał kobietę, która nawet nie podniosła na niego wzroku znad kontuaru, nad którym była pochylona. Musiała być bardzo skupiona, bo z przejęciem przygryzała trzymany w reku długopis Bica i wpatrywała się rozłożone przed nią czasopismo.

„Proszę pani „ – odezwał się trochę zbity z tropu Mariusz, a gdy nie wywołał tym żadnej reakcji z jej strony przybliżył się do tego stopnia, że niemalże dotknął jej ucha ustami wypowiadając po raz drugi swoje:

„ Prosze pani…” – i dodał jeszcze „Czy pani mnie słyszy?” Wtedy kątem oka zauważył, że tym, co tak bardzo przykuwało uwagę kobiety było nic innego… jak nowe wydanie krzyżówek, to właśnie, które zabrał ze sobą w podróż. Za chwilę przysunął twarz jeszcze bliżej i już wiedział na czym polega problem. Kilka godzin wcześniej, sam miał z tym hasłem trochę ambarasu, gdy rozwiązywał je w pociągu. Z nutką tryumfu w głosie ponownie odezwał się do portierki:

„Proszę panią, euzebski twórca teorii baraladsowej to…. to Kabaniarz.

Kobieta wolno wpisała dokładnie każdą z liter w oznaczone pola i podnosząc głowę wydusiła z siebie pełna podziwu:
„Pasuje…”- jej usta otwarły się z zachwytu i dodała jeszcze: … a wie pan, że tak mi chodziło po głowie, tylko nie mogłam sobie przypomnieć….. Dzdzidziękujee- zakończyła przeciągle, a jej błękitne oczy lekko się zmrużyły.

Dumny z siebie Mariusz kontynuował: – O widzi Pani, ….. a tu, to niech pani poprawi, bo „afekt” pisze się przez „f”, a nie „w”….i- ciągnął swe porady- jak już pani ma „f”, dobrze, to tu teraz będzie pasował „flirt”

-F-L-I-R-T kobieta literuje głośno wpisując ostatni wyraz. Kiedy skończyła znów uniosła wzrok na Mariusza. Ich spojrzenia spotkały się, a czarodziejska moc ostatniego hasła najwyraźniej zaczęła działać, bo obojgu zakręciło się nagle trochę w głowie.

 

Kolejne siedem dni było dla Mariusz jak bajka. W dzień prawie nie wychodził z pensjonatu kręcąc się pod byle pretekstem w okolicach recepcji. Dopiero wieczorem gdy, Beata kończyła swoją pracę, odprowadzał ją do przystanku autobusowego i był to jedyny jego spacer. Dziwnym trafem, kiedy wracał do pokoju nie miał już ochoty rozwiązywać krzyżówek. Zamiast tego wpatrywał się milcząco w sufit i marzył, że nadal jest z Beatą. I to bardzo blisko. Tak blisko.

 

Beata przyjmowała łaskawie amory Mariusza, była nawet nimi trochę podekscytowana, czego oznaką był wyraźnie bardziej frywolny sposób ubierania się. Zakładała większe kolczyki niż zwykle, na jej ustach zaczęła pojawiać się szminka, co prawda czasem wychodząca poza kontury warg, ale i tak Mariusz uważał ją za niezwykle kusząca. Do tego jej służbowa koszula, nie jak dotąd zapięta była po samą szyje, lecz miała pozostawione dwa a nawet trzy guziki odpięte, co już zupełnie spędzało sen z oczu Mariusza.

W drodze do przystanku często dzielili się wrażeniami z ostatniego wydania „Rozrywki”, albo wymieniali wiedzą z zakresu krzyżówkarstwa. Czasem zadawali sobie nawzajem pytania, testowali wiedzę, prześcigali w rozwiązywaniu szarad i kalamburów, aż w końcu wyczerpana, któraś ze stron ogłaszała kapitulację. Mariusz musiał przyznać, że wreszcie znalazł równego sobie pasjonata. Oj, pasjonatkę.

Siedem dni minęło jak z bicza trzasnął. Przyszła ostatnia noc przed wyjazdem. Mariusz miał tej nocy niezwykły sen. W tym śnie był bardzo szczęśliwy, rozwiązywał krzyżówki, ale nie takie zwyczajne, były one drukowane niebieskim atramentem na pięknym czerpanym papierze, a on wypisując hasła posługiwał się złotym długopisem.

Nie miał żadnych problemów z zapełnianiem pustych pól. Bez wahania wpisał rozwiązanie dla hasła: „Najwspanialsze miejsce na ziemi”. Potem krzyżujące się z nim pionowo „Najpiękniejsza kobieta pod słońcem”, dalej poziomo kolejne hasło: „Najcudowniejsze oczy na świecie”. W końcu jednak zawahał się przy haśle „To słowo oznacza szczęście”. Nie zdążył się jednak bardzo natrudzić nad jego rozwiązaniem bo właśnie gwałtownie się obudził.

Za około pół godziny, radosny, świeżo ogolony i spryskany większą niż zazwyczaj ilością korzennej wody kolońskiej był gotowy do zejścia na dół na śniadanie. Zdziwił się nieco nie zauważywszy, jak zwykle, Beaty przy kontuarze recepcji koło której przechodziło się w drodze do restauracji. – Pewnie jest na zapleczu – uspokoił się szybko. Kiedy jednak, wkrótce zatoczył drugi krąg wokół miejsca pracy ukochanej, znowu jej tam nie zastał.

Był, za to, kierownik recepcji, który zapytany o Beatę odpowiedział: ” Ona już u nas nie pracuje” Mariusz wyraźnie poczuł, jak tarci grunt pod nogami, zaczął zadawać kierownikowi gorączkowe pytania: Jak to? Dlaczego? Czemu nic nie mówiła? I w końcu widząc nieporuszoną minę mężczyzny poprosił tylko;

„Czy mogę otrzymać jej adres, lub choćby nu er telefonu? – lecz odpowiedź zabrzmiała jak wyrok: „Przykro mi, ale tego typu danych nie udzielamy. Zresztą tak naprawdę ich nie mamy, pani Beata była pracownikiem sezonowym, przysłanym tu przez agencję pracy. A jak pan wie, turnus się już kończy, tak więc i kontrakt Pani Beaty wygasł. Przykro mi, ale niestety nie mogę panu pomóc i pan wybaczy ale wzywają mnie już inne obowiązki.”

Mariusz nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Do odjazdu pociągu miał jeszcze kilka godzin. Poszedł więc najpierw na przystanek, na który zazwyczaj odprowadzał Beatę. Przeczekał trzy kolejne kursy jedynki, w którą zawsze wsiadała. Wciąż wyrzucał sobie, że nigdy nie zapytał, dokąd jedzie i gdzie mieszka? Kiedy przechodnie zaczęli w końcu zwracać na niego uwagę widząc jego zdesperowaną minę postanowił zmienić miejsce i poszedł po raz pierwszy na plażę.

Była końcówka września, dawno po sezonie, puste kosze i smętne krzyki mew, którym od czasu do czasu wtórował dudniący tęsknie odgłos wypływających w morze statków. Z oddali dochodziły do niego zgrzyty łańcuchów na kutrach. Mariusz zamówił piwo w najbliższym barze i usiadł na ławce pod parasolem, o który za chwilę zaczęły uderzać pierwsze krople deszczu.

Nie pił piwa. Pełny, plastikowy kubek stał przed nim na stole na granicy zasięgu parasola. Plażą przechadzali się kuracjusze z pobliskiego sanatorium. Jedna z dobrze zakonserwowanych emerytek w białej wiatrówce i dopasowaną do niej kolorystycznie ondulacją na głowie wyszczerzyła się do niego w uśmiechu prezentując pełen garnitur nienagannie perłowych zębów. Za chwile dziarsko się dom niego odezwała wskazując na stojący przed nim kubek:

-Napada Panu do piwa!

-A niech pada – pomyślał Mariusz i dalej dumał nad rozwiązaniem ostatniego hasła z krzyżówki z jego snu.

P.S. Jeśli wiesz coś na temat obecnego miejsca pobytu Beaty, możesz pomóc Mariuszowi ją odnaleźć, zostaw wiadomośc na jego profilu na Facebooku.
https://www.facebook.com/mariusz.niewiadka

Reklamy