Monthly Archives: Styczeń 2014

The beauty of love (2)

DSC_0760[1]

Ventzislav Piriankov

http://marital-icon.blogspot.com/

All Monika’s wonders

-What did you say- zapytał Filip powoli otwierając oczy i przekręcając się na posłaniu w jej stronę- I heard you said something – powtórzył pytanie uśmiechając się do niej

-Nothing important, just a… whisper- uspokoiła go Monika

-What? Can’t you sleep- jeszcze wciąż zaspany dopytywał

  • I can sleep, but I shouldn’t…- tłumaczyła się

  • Oh Come on…- jakby trochę się zniecierpliwił- Come closer. I will song you a lullaby- dodał już łagodniejszym tonem i wyciągnął ramię by ją przytulić do siebie.

  • No, I can’t. I have to go right now- powstrzymała go Monika

  • Why? Why Can’t we spend one night together? – teraz już na dobre oprzytomniał i przybrał zagniewany wyraz twarzy, co przy jego uniesionych w górę kącikach ust wyglądało nieco groźnie

  • I told you, I can’t. My parents are waiting for me at home – odpowiedziała Monika i odwróciła się do niego tyłem. Siedząc na krawędzi łóżka w pośpiechu zakładała bluzkę

  • Your parents…… always your parents, why don’t you tell them about us? – z wyrzutem zapytał Filip i także usiadł

  • Why? Probably for the same reason why you don’t tell about us at the office… bez cienia sentymentu odpowiedziała mu Monika. Stała już kompletnie ubrana i poprawiała włosy przed lustrem zawieszonym na ścianie

  • Oh come on Monika ….. It’s not the same thing. We have already discussed about that. Please don’t be so harsh…- jego ton wyrzutu zmienił się powoli, złagodniał -It was such a nice evening wasn’t it?- znów wyciągnął rękę w jej stronę w nadziei, że tym razem Monika odwzajemni gest

  • Yes, it was- zrobiła to. Podała mu rękę i przysiadła na chwile na rogu łóżka.

  • You see, we don’t have much time. We have to enjoy every moment- już całkiem łagodnie, prawie szeptem dodał Filip

  • Yes. – przyznała mu rację Monika, lecz za chwile dodała rzeczowym tonem, już bez cienia sentymentu- So you are leaving tomorrow, right ?- zapytała

  • Yes, tomorrow I will go to Szczecin, I will spend two days more there, then I will go back to France- równie rzeczowo jej odpowiedział i zaraz poprosił: – Please don’t be upset…

  • I’m not. – zapewniła go Monika i po chwili dodała z namysłem- It’s just …. just because I want something change. I can’t live like that any longer. – emocje brały górę. Zaczęła mówić głośniej i szybciej – Our realtionship… I even don’t know how to call it…so our relation – Monika zapędzała się coraz bardziej, gorycz, jaką przeżywała dyktowała jej kolejne zdania wyrzutu, ale Filip nie pozwolił jej dokończyć.

  • You know what?.. I have an idea – powiedizłą cichym głosem tajemniczo się uśmiechając

  • What kind of idea?

  • The idea of a change – powiedział pewnym głosem lekko unosząc brwi.

  • Really? – naprawdę zaskoczył Monikę

  • Yes. Just wait for my e-mail. You will see- znów podsycił jej ciekawość

  • You promis? – nie dowierzała mu.

  • Promis- potwierdził pieczętując swoją obietnicę pocałunkiem.

The beauty of love (1)

Dzieło nastolatki Appy

Monopol na fikcję

-Dla mnie, proszę Pana, może Pan nawet prosić o wstawiennictwo Aniołów Stróżów i Wszystkich Świętych we wniosku, ja nie wnikam w Pana intencje. Ja tylko stwierdzam, czy taki wniosek jest prawidłowo wystawiony, czy nie. A Pana wniosek, niestety, ma liczne uchybienia- Laura głośno perorowała przez telefon, dodatkowo akcentując każde słowo uderzeniem mocno nadgryzionego zębem czasu, bo czyim by innym ołówka o kant biurka.

-Nie, proszę Pana, punkt 16 naszej Instrukcji wyraźnie mówi o tym, że takie zezwolenie wymaga przedłożenia dodatkowych dokumentów. A jakich? O tym Pan sobie poczyta w punkcie 56, tam jest wszystko dokładnie wyjaśnione. Przepisy są dla ludzi, proszę Pana, nie dla urzędu- Laura porozumiewawczo spojrzała w oczy siedzącego naprzeciw niej Filona, który niby zajęty swoją pracą, jednak przysłuchiwał się rozmowie przełożonej z petentem.

-No, ale jak Pan to sobie wyobraża? Ja za Pana wniosku pisać nie będę, to Pan musi wiedzieć, czego Pan chce. Czy ja, na ten przykład, mam Panu mówić czy Pan chce zjeść rosół czy pomidorową? Nie, ja tego Panu nie muszę mówić, bo Pan wie co Pan chce zjeść, i Pan to sobie zamawia w barze. Tak samo jest z wnioskiem, ja Panu nie powiem czy pan chce zezwolenie na artykuł 7 w rozumieniu ustawy z 3 lipca 1994, czy na artykuł 5 z ustawy z 7marca 2004. Pan to musi sam wiedzieć i o to wnioskować, załączając oczywiście odpowiednie dokumenty.- Laura zaperzyła się tak bardzo, że musiała wziąć głębszy oddech.

W tym czasie ze słuchawki zaczęły wydobywać się coraz to głośniejsze i ostrzejsze tony rozmówcy, które okazały się jednak zbyt dotkliwe dla jej wrażliwych bębenków. Zmuszona była oddalić słuchawkę od ucha, a nawet odłożyć ją na biurko. W końcu gdy dźwięki ucichły, podniosła ją z powrotem i już zupełnie spokojnym tonem wypowiedziała ”Do widzenia Panu” nie zrażając się w ogóle faktem, że słuchawka emitowała tylko przeciągłe pipczenie, oznaczające rozłączoną rozmowę. Laurze nie pozostało zatem nic innego do zrobienia, jak tylko głęboko westchnąć przewracając przy tym oczyma: – „Jak z dziećmi, naprawdę, jak z dziećmi.”

Za chwilę bardziej rzeczowym tonem odezwała się do Filona, który nie wychylał nosa zza swojego monitora. – „No więc, mój drogi, zapisz w rejestrze, pod numerem 8: „Konsultacja telefoniczna w sprawie wniosku o wydanie pozwolenia na opowiadanie bajek.” I za chwilę już bardziej poufałym tonem: -„W takim razie Filusiu, ja już bym na dzisiaj pomału kończyła, jeszcze tylko wskoczę do Naczelnika z dokumentami i do zobaczenia, do jutra.” Nim Filon zdołał poprawić opadające w dół nosa okulary i nasadzić je głębiej na oczy Laura gotowa była do wyjścia w swoim filcowym płaszczu i takim samym okrągłym kapeluszu na głowie. Wychodząc poprawiła szminkę na ustach, której kontur zniekształciła wcześniej słuchawka.

Filon nareszcie został w biurze sam. Mógł w końcu bez skrępowania zamknąć nudny raport na ekranie komputera i otworzyć arcyciekawy poziom w grze „Czerwony kapturek”. Właśnie wchodził ze swym bohaterem do ciemnego lasu. Akcja stawała się naprawdę wciągająca, bo zza drzewa wyłaniała się jakaś postać, nie wiedział czy to wróg czy przyjaciel, a może wilk, a może leśniczy. Już miał kliknąć w rozwijane menu, które pojawiło się nad głową awatara, gdy do jego uszu dobiegło ciche pukanie „Puk Puk”.

  • „Jasny gwint, nie w takim momencie!” – pomyślał wściekle. Puk, puk jednak niewiele robiło sobie z jego zaklęcia i stawało się coraz bardziej natarczywe.
  • „No ja nie mogę! No kiedy ja wyjdę z tego poziomu, jak wszyscy mi tak będą przeszkadzać!”- skarżył się sam do siebie i w końcu niezadowolony odburknął w stronę drzwi
  • „Proszę”

Do środka wtoczył się typowy petent, a właściwie, kiedy Filon znów poprawił okulary i przysunął je bliżej oczu zauważył, że jednak była to petentka. Ale też typowa. Zafrasowana mina, jakieś papiery wyjęte z teczki, nerwowy ton. Na sam jej widok Filona przeszedł dreszcz obrzydzenia.

Nie dał jednak tego po sobie poznać i cierpliwie wsłuchiwał się w wygłaszaną na jednym wdechu przemowę petentki. Niewiele z niej zrozumiał. Zdaje się, że chodziło o koncesję na sprzedaż fikcji. Tak, czy inaczej, wiedział co ma jej odpowiedzieć. Zdawał sobie sprawę, że procedury kodeksu postępowania administracyjnego, które opanował do perfekcji nie przyniosą w tym przypadku pożądanego skutku i petentka gotowa będzie zanudzać kolejnymi pytaniami przez następne pół godziny. Musiał użyć wypracowanego przez lata pracy na swoim stanowisku sposobu „załatwiania petentów” jak go nazywał.

– Proszę napisać wniosek- zaczął jak najbardziej oficjalnym tonem

-Na, na napisać… jąkając się powtórzyła petentka- ale jak?- jej nieporadność sprawiała, że Filon musiał przełknąć ślinę z niesmakiem

-Tak jak pani czuje- odpowiedział jednak czułym tonem udzielając zatroskanej obywatelce promiennego i jakże kojącego uśmiechu

-To znaczy wszystko mam na, na, napisać? – odezwała się wciąż niepewnie, choć już trochę bardziej ośmielona otwartością biurokraty

-Tak. Wszystko, czego Pani chce, to znaczy na co Pani chce mieć zezwolenie. Proszę o tym napisać, tak szczerze- jego ton przybrał odcień prawdziwej słodyczy

-Tak? Nie spodziewałam się, że tak łatwo jest napisać wniosek o dystrybucję wymyślonych historyjek. Wie Pan, ta instrukcja na stronie urzędu jest taka zawiła…- wciąż jeszcze była odrobinę zakłopotana

-Och, proszę Panią, my przecież jesteśmy tu dla Państwa, żeby się wsłuchać w Państwa potrzeby- odezwał się już całkiem jowialnie Filon rozkładając dłonie jakby chciał objąć petentkę.

– Ja naprawdę Panu bardzo Panu dziękuję, bo wie Pan przeraziły mnie te wszystkie regulaminy i dokumenty, które trzeba do wniosku dołączyć, tyle ich jest … drążyła temat niedoszła dystrybutorka historyjek

-O to proszę się nie martwić. Pani Laura, Kierowniczka Naszego Działu, która zajmie się rozpatrzeniem Pani wniosku na pewno zwróci Pani uwagę, jeśli coś będzie nie tak– powiedział przytakując głową Filon

– Aha, rozumiem. To kiedy otrzymam koncesję?- już całkiem uspokojona zapytała

-Proszę pamiętać o wniesieniu opłaty skarbowej oraz o tym, że na rozpatrzenie Pani wniosku mamy 30 dni- jego uśmiech wciąż był bardzo uprzejmy, a mina usłużna.

-Aha. Wszystko jasne. Jeszcze dziś napiszę mój wniosek. Bardzo panu dziękuje, jeszcze raz- odpowiedziała rozpromieniona petentka i jakoś tak radośnie przyklasnęła drzwiami wychodząc z biura.

Filon uśmiechnął się blado pod swym jasnym wąsem. Wiedział, że dzięki swoim zabiegom i wytężonej pracy Laury ten miesiąc znów zakończą sukcesem. Zapewne czeka ich wręczana uroczyście przez Pana Naczelnika premia dla najbardziej wydajnego działu w Urzędzie. To do nich przecież wpływa największa liczba wniosków, a w ślad za nimi udzielane są najliczniejsze urzędnicze konsultacje i porady. Dodatkowo zasłużyli się w rankingach na największą ilość odrzucanych wniosków. Dzięki nim prawodawca utrzyma swój monopol na fikcję.

Teatrzyk codziennej rozpaczy

Najpierw skrzętnie rozkłada rekwizyty; białą, mokrą plamę na kuchennym stole, z której tłuste krople z pluskiem rozbryzgują się o kafelki na podłodze, garnek zupy, lustro. Potem z przejęciem odgrywa swoją klasyczną trzyaktówkę. Rano, płacz nad rozlanym mlekiem, po południu scenę kłótni małżeńskiej z cyklu „bo zupa była zasłona”, wieczorem trochę przydługi monolog przed lustrem, którego clue stanowią westchnienia: „jaka jestem gruba” „jaka stara” i „brzydka”.

Czasem nieznośny sufler w jej głowie myli tekst i złośliwie zmienia kolejność aktów. Ona, za to, nigdy nie myli się podczas charakteryzacji. Wykonuje ją bezbłędnie. Usta układa w podkówkę, nos zwiesza na kwintę, a kreskę na powiekach rozmazuje specjalnym łzawym płynem. Do tego z teatralnej garderoby wyciąga najżałośniej rozciągnięty sweter i najbardziej dojmująco wytarte spodnie. Taka gotowa jest do odegrania codziennej rozpaczy.

Pacz jaka rozpacz!

Ale rozpatrz, patrz!

Ale nikt jej teatrzyku nie ogląda, Jedyny widz, dla którego był przeznaczony właśnie wyszedł głośno trzaskając za sobą drzwiami.

Sto milionów

Na szczycie niewysokiej góry siedział mały człowieczek i z tajemniczym uśmiechem na twarzy podrzucał złotą monetę. Śledził wzrokiem jej obroty w powietrzu, a potem łapał ją zamaszyście tuż nad ziemią. Sprawdzał na otwartej dłoni: „Orzeł czy reszka, reszka czy orzeł?” Było to sprawdzanie z premedytacją, raczej nie w afekcie i zdecydowanie z niskich pobódek. Sprawdzanie dla zabicia czasu.

Trzeba przyznać, że mały człowieczek był doskonałym zabójcą czasu, po prostu mistrzem w swoim fachu. Po zabitym czasie nie pozostawiał nawet jednej uronionej nanosekundy, ani też najlżejszego odcisku w kalendarzu. Do perfekcji opanował większość znanych sposobów na nudę, tę najbardziej uprzykrzoną formę czasu, która niejednego już popchnęła do przestępstwa, a nawet zbrodni przeciwko niej. On wciąż pozostawał nieuchwytnym sprawcą rozbierania się i pilnowania swoich ubrań, liczenia włosów na głowie, patrzenia jak trawa rośnie, a nawet czekania na Godota, które wychodziło mu o niebo lepiej niż bohaterom sztuki Beketta.

Dziś był dla czasu szczególnie bezwzględny, zabijał go metodycznym podrzucaniem monety. Tak zapamiętał się w swoim zbrodniczym procederze, że w pewnym momencie zbyt późno podstawił dłoń pod nadlatujący pieniążek i nie zdążył uchronić go przed upadkiem na ziemię. Ku jego wielkiemu zdziwieniu nie mógł także sprawdzić wyniku, bo moneta upadła dokładnie na swój żebrowany brzeg i niczym koło zębate oderwane od jakiejś niewidzialnej machiny potoczyła się szybko w dół zbocza. W pierwszym odruchu zerwał się, by ją dogonić, ale w końcu machnął tylko ręką. Gest ten dał mu impuls do zmiany taktyki: „W końcu machaniem ręki też da się ukatrupić nudę”- pomyślał i zaraz wprowadził swój straszny plan w życie.

Moneta tymczasem nabierała impetu tocząc się w dół stoku góry. Od czasu do czasu podskakiwała na napotkanych kamieniach lub korzeniach rosnących na jej drodze drzew. W końcu zatrzymała się uderzając o jeden z trzewików dziewczyny, która tego dnia wybrała się do lasu na grzyby. Moneta upadła dokładnie na środku leśnego duktu dając wynik ”reszka”. Dla dziewczyny miał on o tyle znaczenie, że natychmiast zauważyła jej nominał. Moneta sprawiła, że wracała z lasu z blaskiem w oczach, choć jej koszyk na grzyby świecił pustkami. Za tydzień wydała złotego dukata na targu, a dokładnie na straganie u handlarza tekstyliami. Z radością zwijała świeżo kupione kolorowe wstążki, podczas, gdy kupiec z uśmiechem chował świeżo zarobiony pieniądz do swojej sakiewki.

Kiedy słońce nad targiem przeszło na zachodnią stronę nieba, handlarz skrzętnie spakował utarg całego dnia oraz pozostałe tkaniny i nici we wszystkich kolorach tęczy na swój wóz i ruszył nim w drogę powrotną do domu. Nie podejrzewał nawet, że tego wieczoru jego dobytek stanie się łakomym kąskiem dla grasującej po okolicy bandy zbójeckiej. Bandyci nie cieszyli się jednak długo swym łupem. Jeszcze tego samego wieczoru, podczas gdy przeliczali przy blasku ogniska zrabowane pieniądze, raz po raz badając autentyczność złotych monet siłą własnych zębów, jeden z nich zdradziecko konspirował z księciem pragnącym zaprowadzić ład i porządek na swoich włościach. Za obietnicę nagrody i spokojnego żywota wyjawił włodarzowi kryjówkę swoich kamratów.

Książę zorganizował obławę na zbójów, których zmorzył sen po fetowaniu udanego rozboju. W ten sposób zdobyte pieniądze zasiliły i tak niepsuty skarbiec w pobliskim zamczysku. Od przybytku głowa nie boli, zwłaszcza kiedy znika równie szybko jak się pojawia. O to drugie zadbał syn zamożnego księcia rozmiłowany do szaleństwa w dziełach sztuki. Pod osłoną nocy i w tajemnicy przed ojcem zabrał lwią część majątku i wydał ją na intrygującą rzeźbę przedstawiającą małego zamyślonego człowieczka z ręką uniesioną do góry, jakby w geście pożegnania, albo rezygnacji.

Rzeźba dająca do myślenia i zdecydowanie nie pozwalająca się nudzić była ozdobą kolekcji pewnego znanego konesera arcydzieł. Ten zainkasowawszy za nią sporą sumkę oddał się rozpuście, która zapewne trwałaby do końca jego dni, gdyby nie spotkał na swej drodze o tyleż cudnej co rezolutnej Carmensity. Ona to pokierowała umiejętnie majętnym antykwariuszem przenosząc jego uwagę z piękna zastygłego w dziełach sztuki w kierunku jednego z jego żywych kanonów. I nie był to wcale żaglowiec na pełnym morzu, ani kobieta w tańcu, tylko ten trzeci, a mianowicie koń w galopie.

Koneser sztuki stał się zatem właścicielem potężnej stadniny koni i wkrótce organizował jedne z najsłynniejszych gonitw w kraju. Na jedną z takich gonitw stawił się Alojz Bąk, goszczący przejazdem w mieście i dla zabicia czasu szukający rozrywek między kolejnymi ważnymi spotkaniami. Akurat ten sposób na nudę okazał się podwójnie szczęśliwy dla Alojza. Nie tylko unicestwił niepotrzebny szmat czasu, ale także zgarnął główną nagrodę. Postawił na konia, na którym nikt z publiczności nawet oka by nie zawiesił, za to wszyscy komentatorzy wieszali psy na jego jokerze . Alojz niezrażony tą nieprzyjazną aurą wobec swego faworyta, postawił na słabeusza. I wygrał. Całe okrągłe sto milionów.

W ten sposób jedna złota moneta pchana nurtem kolejnych transakcji w strumieniu czasu wpłynęła w końcu przelewem do delty konta bankowego Alojza. Na biednego nie trafiło. Jak to w życiu bywa. Alojz miał już właściwie wszystko. Dom, samochód, samolot, jacht, konto w szwajcarskim banku, zegarek z tegoż kraju, brylant wielkości kurzego jajka, jajko Faberger, orła w koronie, słonia w karafce, psa rasy odmiennej, niezwykłe okazy roślin i ich owoców. No po prostu wszystko. Sto milionów mogło mu się przydać jedynie do zakupienia czegoś wyjątkowego. Długo się nad możliwością takiego zakupu zastanawiał.

W końcu pomysł wpadł mu do głowy podczas jednej z jego licznych podróży. Jadąc górskim traktem wśród malowniczego krajobrazu zauważył pagórek o niezwykle regularnym kształcie. Wydawało się jakby był usypany z ziarenek piasku w wielkiej klepsydrze odmierzającej czas. Alojz tak się nim zachwycił, że postanowił go mieć natychmiast. Do tej pory nie miał jeszcze żadnej góry, pagórka a tym bardziej wzgórza. Kupił go zatem od ręki i nadał jego szczytowi własne imię.

Niesamowite było wspinać się na swój własny szczyt. Zdobywał górę już przez siebie nabytą. Kiedy stanął wreszcie na jej wierzchołku nie mógł oprzeć się dziwnemu wrażeniu. Nagle zapomniał o wszystkich ważnych sprawach, jakie pozostawił tam na dole. Patrzył w otwierającą się przed nim przestrzeń i ze zdumieniem stwierdził, że w jego zasobach pojawia się mnóstwo czasu. Tu na górze mógł szastać czasem do woli, tak jak to robił na dole z pieniędzmi. „Czas to pieniądz, podobno”- pomyślał wyjmując złotą monetę, którą zawsze nosił na szczęście w kieszeni. Zaczął nią machinalnie podrzucać i zabawiać się odczytywaniem wyniku, „orzeł czy reszka?”. Wcale go jednak nie zapamiętywał, robił to tylko po to, by mieć pretekst do następnego rzutu. W końcu tak się zapamiętał w odruchowej czynności, że nie zdążył w porę złapać pieniążka. Złota moneta niczym koło urwane z niewidzialnej machiny szybko potoczyła się w dół zbocza…