Monthly Archives: Grudzień 2013

Serce pod choinką

Nie, żeby Święta były nieudane. Nie, tego nie moge powiedzieć. Zdziwiło mnie tylko to dziurawe serce znalezione podczas jednego ze Świątecznych, rodzinnych spacerów. Czemu to serce ma dziurę, lukę, jakiś brak? Czego brak memu sercu? To jasne! Czego może brakować sercu? Miłości, miłości i tylko miłości. Czas wypelnić wszystkie luki i ubytki w tkance serca. Czas wypełnić je gorącym uczuciem. Trwałym jak plomba od dobrego dentysty. Image

Róg Pięknej i Realnej 9

  • No nie, stary, ja muszę się jeszcze napić, żeby dalej tego słuchać- wciąż rozbawiony Łukasz podniósł się z miejsca i zabrał oba pokale do ponownego napełnienia przy barze.

Kiedy Damian został sam przy stoliku, zaczął rozglądać się po niewielkiej sali. Przy barze siedziało dwóch chłopaków w bluzach dresowych. Żywo o czymś rozmawiali mocno przy tym gestykulując i co chwila wybuchając gromkim śmiechem. Na skórzanej sofie w najdalszym i najbardziej zacienionym kącie sali zauważył przytuloną do siebie parę młodych ludzi. Ci, zdaje się, chwilowo wyczerpali wszelkie tematy do rozmowy. Bliżej środka sali, przy stoliku umieszczonym tuż pod jedyną w pomieszczeniu lampą siedział samotny mężczyzna z nietkniętym kuflem piwa przed sobą. Pochylał się ze skupieniem nad rozłożonym czasopismem.

  • Czyta coś w barze….?- zastanawiał się Damian – Co za dziwak – pomyślał nie przestając go obserwować. Po chwili mężczyzna poruszył się niespokojnie, wyjął z kieszeni marynarki ołówek i zaczął coś pomału zapisywać na otwartej stronie.
  • No, jeszcze lepiej! – komentował w duchu Damian- Znalazł sobie miejsce na pisanie…. Ciekawe co on tam skrobie, chyba nie książkę, hehehe – uśmiechnął się do swoich myśli będących tak bardzo a propos tematu, o którym rozmawiali z Łukaszem. Nie to na pewno nie książka, to raczej list jakiś, o, albo donos, Tak pewnie donos, inaczej nie zagryzał by warg z takim przejęciem i nie drapał się za uchem wymyślając kolejne słowa. – Utwierdzał się w wyniku swojej dedukcji.

W tym momencie do stolika wrócił Łukasz, poruszał się bardzo ostrożnie, by nie uronić ani trochę ze szczodrze nalanego im piwa, a w szczególności nie strącić puszystej pianki, która wyłaniała się niczym chmurka nad horyzontem szklanych naczyń. Tego naprawdę by sobie nie darował.

  • O mało co nie wylałem- powiedział Łukasz odsapnąwszy z dużą ulgą po odstawieniu pokali na stoliku. Widziałeś? Potknąłem się o tego faceta tam pod lampą. Torbę położył dokładnie na środku przejścia.- poskarżył się przyjacielowi
  • Nieużyty typ. I do tego donosy pisze – skwitował Damian
  • No co ty, znasz go? – zdziwił się Łukasz
  • Nie. Ale widać po minie. Co innego mógłby skrobać taki typ z zaciętym wyrazem twarzy?
  • Eeeee, coś ty. – powątpiewał Łukasz. Widziałem dokładnie, to nie żaden donos. On po prostu krzyżówki rozwiązuje- stwierdził z całą stanowczością
  • Co!?… Krzyżówki? W barze? No nie! No naprawdę świrów nie brakuje. I tylko proszę nie mów, że ja jestem najlepszy w tym klubie. Mam sporą konkurencję, jak widać.
  • Dajmy mu już spokój. – po chwili chichotu odezwał się Łukasz. – Wracajmy lepiej do twojej idée fixe. W końcu po to tutaj przyszliśmy, prawda?
  • No właśnie, chciałem ci podziękować. Dzięki tej rozmowie zaczynam łapać dystans do całej sprawy
  • Sprawy Introligatorni na rogu Pięknej i Realnej?
  • Tak. I tych wszystkich opowieści, które mi dziś przedstawił Maurycy i Horacy
  • Dali ci do przeczytania książkę, tak?
  • Tak. Leżała na stole otwarta i wyglądało na to, że właśnie ją oprawiali.
  • I co przeczytałeś ją? – nie przestawał dopytywać Łukasz
  • Słuchaj jak do niej zajrzałem, to od razu miałem takie dziwne uczucie… – zawiesił głos Damian jakby szukając określenia.
  • Jakie uczucie?
  • No, jakbym już ją kiedyś czytał.
  • Tak? A o czym była dokładnie? – kontynuował przesłuchanie Łukasz
  • O chłopcu. – krótko odpowiedział Damian
  • No porywające, po prostu. – zaczął ironizować Łukasz
  • To znaczy, ten chłopiec wyrósł na chłopaka i w końcu stał się młodym mężczyzną. – już bardziej wylewnie wypowiedział się Damian
  • No coś ty, aż tyle się działo? – znów zakpił Łukasz
  • Nawet nie wiesz, ile – tym razem ożywił się Damian – Każda, dosłownie każda strona przepełniona była uczuciami, doznaniami i niezwykle wyraźnymi wrażeniami. Przewracając kolejne kartki cienkiego, prawie przezroczystego papieru miałem wrażenie, że sam przeżywam historię tego człowieka….w moim sercu. – Wiesz, to było tak, jakbym czytał tę książkę nie oczami, ale sercem właśnie…- zakończył kładąc bezwiednie rękę na swojej lewej piersi.
  • No naprawdę stary, teraz to pojechałeś na maksa. – odchylił się do tyłu Łukasz
  • Pod koniec książki te wrażenia jeszcze się spotęgowały- kontynuował Damian, który mimo żartów przyjaciela znów zdawał się być bardzo poruszony- Wyraźnie widziałem, jak mężczyzna wchodzi do wielkiej jaskini albo groty, wyglądała na bardzo mroczną i niebezpieczną.
  • Dawaj dalej, akcja mnie wciąga coraz bardziej – nie przestawał Łukasz
  • Przed nim otwierała się czarna przestrzeń. W jej głębi dało się jednak zauważyć migotliwe światło. I właśnie w kierunku tego światła mężczyzna wolno przesuwał się do przodu. Ostrożnie badał kamienie i występy skalne przed sobą. W końcu musiał odkaszlnąć, bo jego gardło podrażniał dym unoszący się w pieczarze. Dym gęstniał i gęstniał.
  • Ho! Jak dobrze, że mi to opowiadasz w dzień, bo w nocy pewnie bym już się zsiusiał ze strachu- Łukasz zaśmiał się przechylając na bok. Nie wiadomo, czy tak podziałało na niego piwo, czy kolejne etapy opowieści.
  • Słuchaj, mam skończyć? – wkurzył się wreszcie Damian
  • Nie nie, no nie obrażaj się. Rzeczywiście wyglądasz na przejętego . Opowiadaj co było dalej. Też chcę to zrozumieć – skorygował się Łukasz.
  • No więc młodzieniec minąwszy kolejny zaułek ciemnego korytarza stanął wreszcie w wielkiej podziemnej pieczarze, którą rozjaśniały tylko nikłe płomyki świec porozstawianych na całej powierzchni. Niektóre ze świec były już do połowy stopione, inne zupełnie nowe, tak jakby je ktoś dopiero przed chwilą zapalił. Niektóre z nich płonęły jasnym ogniem, którego płomień piął się prosto w górę, a niektóre kopciły tylko czarną sadzą, a ich płomyk poruszał się niespokojnie na pokrzywionym knocie.
  • Tak …. – nagle spoważniał Łukasz – To mi coś przypomina. Czekaj, czekaj – wyraźnie starał się sobie coś przypomnieć – Czy to nie ta legenda …
  • Jaka legenda? – teraz w końcu zapytał Damian
  • No taka stara opowieść. Moja babcia mi ją często opowiadała. O tym, że ludzkie życie jest jak świeczka i że każdy z nas ma taką świeczkę, która pali się, pali, przez całe życie, aż wypali się do końca i wtedy człowiek umiera.
  • Nie nie znałem tego, ale dobre – przejął pałeczkę ironii Damian
  • Czekaj, ona ma dalszy ciąg, ta legenda. Czasem kiedy jakiś wypadek, albo choroba się człowiekowi przydarza, to do takiej świeczki podchodzi śmierć i ją po prostu zdmuchuje zanim zdąży się do końca wypalić.
  • Tak?… – zdziwił się Damian – ale wiesz co, to by się zgadzało, bo na następnej stronie widać było ilustrację groty z jakąś okropną zjawą po środku. Miała sine usta, długie potargane włosy, i swoimi pokrzywionymi pazurami dotykała jednej jasnej i całkiem nowej świeczki.
  • Aaaaa…. to na tym to twoje czytanie polegało, co? Ty po prostu obrazki oglądałeś, tak? Jak przedszkolak.- złapał go za słówko Łukasz
  • Już ci mówiłem, że to czytanie sercem było, …zresztą ciężko to opisać
  • Okej. No więc co jeszcze widziałeś na tym obrazku.
  • Stał tam też ten młody i patrzył na poczwarę. Potem zerwał się i szybkim krokiem podbiegł do świeczki. Wyrwał ją z jej rąk i zaczął uciekać.
  • I co udało się? Uciekł? – dopytywał Łukasz
  • Raczej nie, nie udało się, albo wiesz co, nie wiem, bo ostatnia strona była zupełnie czarna
  • A wiesz czemu?
  • Nie.
  • Bo według legendy tej legendy, jeśli ktoś wybrał się do groty śmierci, żeby wyrwać jej czyjąś świeczkę i nie pozwolić jej zgasić, to musiał przestrzegac pewnej reguły
  • Jakiej?
  • Musiał stamtąd uciekać nie oglądając się.
  • A jak się obejrzał?
  • Kaplica, stary, wtedy zostawał w grocie na zawsze- z teatralnym smutkiem zwiesił głowę Łukasz
  • Tak, teraz wszystko rozumiem. Rzeczywiście, ten młody się obejrzał, wyraźnie było to widać na przedostatnim obrazku.
  • A widzisz! Został w grocie, dlatego zapadła ciemność
  • Mroczna historia. Nomen omen.- kręcił głową Damian

  • Zgadza się – wciąż z przesadną rozpaczą w głosie odpowiedział Łukasz
  • A wiesz co jest najgorsze?
  • Nie.
  • Kiedy zamknąłem książkę Horacy zapytał mnie czy ta historia mi niczego nie przypomina. A ja miałem taki mętlik w głowie po jej przejrzeniu, bo nie można tego nazwać przeczytaniem, że zupełnie nie mogłem jej z niczym skojarzyć. Dopiero teraz kiedy ci ją opowiadam i z dzięki twojemu komentarzowi dociera do mnie… – zamyślił się Damian
  • Co?
  • Że to historia…-zawiesił ponownie głos i za chwilę ukrył twarz w dłoniach.
  • E, co ci jest- teraz już naprawdę przejętym głosem zapytał Łukasz
  • Tak, jestem teraz pewien – Damian podniósł twarz. Oczy miał pełne łez i patrząc prosto w twarz przyjaciela wycedził; – To…historia… mojego …ojca!

In search of Christmas gifts

The last two week were spent in search of Christmas gifts to all my beloved ones. I almost see the finish line:-) Almost means that I baught „something” for everybody but not for my brother in law. What can I give to a mature single with no evident interests. Well, I think he’s got a lot of them, but the problem is he never speaks about. At least with me. So I went into some nice clothes shop. There were a lot of pyjamas on display. I check the label of the first model that got into my hands. Beside the price and fabric details there was given a name of the whole collection, which reads „Tomas”. That was a sign! Yes Tomas, my dear brother in law, you will find this checkered blue and brown pyjamas under Chrismas tree, and I hope that this is exactly you need the most at the moment:-)

Fifth of all Monika’s wonders

Monika, mrużąc oczy, wolno przesuwała wzrokiem po strużce światła sączącej się z hotelowego kinkietu wprost na twarz Filipa. Nie chciała go obudzić, wolała sama smakować tę chwilę, nacieszyć się nią. Jakby delektując się każdym szczegółem obserwowała teraz linię cienia, która wyraźnie zarysowała jego profil i sprawiła, że twarz miał równo podzieloną na dwie połowy, jedną jasną, drugą ciemną.

-Czy ja go naprawdę znam? Jaki on jest, ten mój Filip? Biały, czy czarny, dobry, czy zły?- ten obraz wywołał pytanie w głowie Moniki. Za chwilę jednak sama sobie na nie odpowiedziała- Jest mój i tylko to się liczy…

Wpatrywała się z uwagą w jego ostre rysy, charakterystyczne zgrubienie u nasady nosa i wąskie usta o kącikach wiecznie uniesionych ku górze. Dzięki nim, nawet teraz, kiedy spał, wyglądał, jakby się uśmiechał. Zresztą, kto wie, czy właśnie tego nie robił. Uśmiech był nieodłącznym atrybutem Filipa, jego znakiem rozpoznawczym i przepustką w wielu granicach, jakie zwykle stawia przed nami życie codzienne. Mógł nim równie dobrze posługiwać się, aby otworzyć sobie kolejne wymarzone drzwi kariery, albo by na przykład utorować sobie drogę do czyjegoś zatwardziałego serca.

Tak było z sercem Moniki, początkowo niedostępnym, zdystansowanym, jakby niezainteresowanym. Ten ewidentny brak reakcji na jego nie mniej ewidentny urok ze strony ładnej pracownicy biura, które kontrolował raz w miesiącu podziałał na Filipa dopingująco. Nieźle się nagłowił zanim wywołał pierwszy uśmiech na twarzy Moniki i sprawił, że uniosła zachwycone oczy znad sterty dokumentów kadrowych. Co prawda wymagało to od niego więcej wytrwałości i czasu, niż zwykle, ale w końcu przyniosło efekty.

Teraz serce Moniki stało dla niego otworem, biło przyspieszonym rytmem, kiedy tylko na niego patrzyła. Ona także nie mogła powstrzymać się od uśmiechu. Nie gościł on jednak długo na jej twarzy, za chwile zmiotła go zupełnie przeciwstawna reakcja na nieoczekiwaną myśl, która zburzyła cały jej dotychczasowy spokój i zaczęła jątrzyć jakąś głęboką zadrę.

-Kochanica Francuza, Kochanica Francuza, Kochanica Francuza – myśl ta nie dawała jej spokoju – Gdzie ja widziałam ten tytuł i… czy to aby była historia z happy-endem? – znów pytanie podąrzyło za myślą. Zaraz jednak pocieszyła samą siebie – moja będzie na pewno. Z moim pięknym Francuzem, with my sweet Frenchman- wyszeptała

(Iversity) – Meet Aunt Renie

http://www.youtube.com/user/officialStoryMOOC

Aunt Renie got a little bit tired and decided to drop for a while to her old friend Babcia Anetka who lives in one of the Polish town on the corner of the Beautiful and the Real Streets.

As Babcia Anetka is three years older than Aunt Renie, she may feel quite young with her . And so she does.

After drinking courteously a cup of fragrant tea, they started to gossip about the boys. Then Aunt Renie got interested in a knitting set lying aside and decided to learn this difficult handcraft from Babcia Anetka.

Image

But with poor chance…

Image

Finaly, after liberation she got a knitted hat as a present from Babcia Anetka.

Image

„Oh!Thank you” – she said. -„When I go out wearing this hat, it will certainly leave all gentlemen in Potsdam out of breath and all Potsdamian ladies could not help their jealousy”

„I hope so” – reply Babcia Anetka smiling brightly:-)

https://iversity.org/

Róg Pięknej i Realnej 8

Tych rewelacji od Damiana było już zdecydowanie za wiele dla Łukasza. Kręcąc z niedowierzaniem głową powiedział w końcu do przyjaciela:

-Wiesz co, bez butelki piwa nie da się tego rozkminić. Zaraz zamykam mój kram. Chodźmy gdzieś się napić, tam pogadamy.

Damian przystał na jego propozycję. Pomógł mu poskładać gazety i spiąć drewniany wózek, który razem z całym majdanem odprowadzili do garażu przy kamienicy, w której mieszkał Łukasz. Potem nie szukając daleko, weszli do najbliższej knajpy i zasiedli na przeciwko siebie przy kanciastym stoliku przykrytym bordowym suknem maskującym jego kształty. W pustawej i ciemnawej sali z potrzaskujących co raz głośników ulatniała się niczym gaz z otwartej puszki coca-coli niemrawa muzyka. Chłopakom ona nie przeszkadzała, zamówili piwo. Pierwszy łyk zimnego napoju ożywił nieco ich zmęczone głowy. Łukasz odezwał się pierwszy:

  • To mówisz, że każdy ma już książkę o swoim życiu napisaną…. – zawiesił głos.

  • Coś w tym stylu – niejasno odpowiedział Damian

  • Ale, że jak? Całe życie tak opisane jest od początku do końca? Całe życie od deski do deski? – dopytywał Łukasz

  • No…. od deski do deski, żebyś wiedział. – nadal z nutą tajemniczości odpowiadał Damian.

  • Chyba od deski stołu porodowego do deski wieka od trumny- ironizował Łukasz

  • Nie, no chodzi o takie deski normalne, na okładkę. Oni tam w introligatorni te książki właśnie oprawiają w drewniane okładki obciągnięte skórą- wyjaśnił Damian

  • Jak średniowieczne manuskrypty?

  • No tak. Dokładnie. Na okładkach dodatkowo złotymi literami wytłaczają tytuły, nazwiska, daty.

  • Nie przewidziało Ci się – zmarszczył podejrzliwie nos Łukasz

  • Nie, naprawdę. Oni mają cały ten sprzęt, wiesz, heble, tłoki, kleje. Wszystko tam porozkładane mają i całymi dniami tym się właśnie zajmują.

  • Ciekawe, a kto niby te książki pisze?

  • Tego mi nie powiedzieli- spuścił głowę Damian. Widać było, że jest przejety swoją opowieścią

  • Ty, a może to były samopiszące się księgi, jak u Sapkowskiego – próbował rozbawić przyjaciela Łukasz. Jednak odniósł marny efekt, bo Damian wciąż miał zasępioną minę odburknął tylko:

  • Wszystko możliwe.

  • Ale numer! -nie dawał za wygraną Łukasz – Nie wierzę, że dałeś się w to wkręcić? A może Wiedźmina też tam widziałeś, co? – widać było ze piwo zaczęło działać, bo Łukasz dostał ataku spazmatycznego śmiechu. Na szczęście za chwilę przerodził się on w jeden z tych jego zaraźliwych chichotów, który udzielił się również Damianowi. Nieco rozchmurzony i już łagodniejszym tonem ciągnął dalej swoją opowieść:

  • No wiesz miałem spore opory… ale oni pokazali mi książkę, którą się właśnie się zajmują

Nie będę do niego mówiła wujku

Piotr stał oparty o ścianę w małej budce „Cambio de divisas”. Co chwila ocierał pot z czoła w to niezwykle parne popołudnie w La Paz. Wpatrywał się w elektroniczną tablicę z kursami walut. Kanciaste cyfry utworzone z czerwonych świetlnych punktów zmieniały się w pulsującym rytmie. Trudno mu było za nimi nadążyć wzrokiem, a rosnąca z każda chwilą duchota nie pozwalała mu się skoncentrować. Mimo to, wciąż zmuszał się do wykonywania kalkulacji, nie mogąc ustalić ich ostatecznego rezultatu.

  • Jeśli za 1000 boliwianos otrzymam 301 złotych, to ile będę miał, jak wymienię 3 tysiące. – zapytywał siebie po raz kolejny miętosząc niespokojnie w ręku pożółkłe banknoty. – Zaraz zaraz, trzysta jeden razy trzy – to proste równanie było niczym enigma, a jego iloczyn niczym szyfr nie do złamania. – Co jest, do cholery! – wściekał się na samego siebie – Najprostsze rzeczy stają się dziś tak trudne.

W końcu porzucając irytująca łamigłówkę podszedł zdecydowanym krokiem do okienka i bez słów położył banknoty na blacie. Opasły Metys z nażelowaną i starannie zaczesana do góry grzywką, który stanowił jedyną osobę w obsłudze tego kantoru walut, rzucił na niego badawcze spojrzenie i upewnił się:

  • Como siempre? (jak zawsze)?

W odpowiedzi usłyszał krótkie – Si, po którym nie pozostało mu nic innego jak dokonać transakcji. Piotr odebrał swoją należność i przeliczył ją skrupulatnie.

  • Dziewięćset trzy złote – ¡gracias- rzucił w kierunku kantorzysty, na co ten uniósł tylko rękę w geście pozdrowienia.- Ciekawe, co w Polsce można teraz kupić za taką kwotę? – przemknęło mu przez myśl, ale za chwilę już o tym nie pamiętał, bo wyszedł na ulicę zalaną mleczną mieszanką słońca i mgły.

Skręcił w wąską uliczkę, która pięła się stromo w górę wśród porozstawianych wzdłuż niej kolorowych straganów i parterowych niewielkich domków. Jeden z nich tam, na samym szczycie należał do Leticii i jej córki Pauli. Choć odkąd z nimi zamieszkał zdążył wyrobić sobie kondycję, to jednak zmęczenie ostatnich dni dawało mu się dzisiaj we znaki. Musiał zrobić sobie przerwę we wspinaczce. Zdyszany przystanął na chwilę i obejrzał się za siebie. Poniżej jego stóp rozpościerał się widok na miasto teraz spowite gęstym kożuchem mgły. Tu w górze było już tylko ostre przepełnione jasnością słońca powietrze.

Kiedy wreszcie dotarł do drzwi małego mieszkanka pot po prostu lał się z niego ciurkiem, a na plecach jego koszuli pojawiły się mokre plamy. Po wejściu do domu od razu zauważył, że Leticii w nim nie było. Zapewne miała dziś nocną zmianę w barze, tym samym, gdzie poznał ją trzy lata temu. Nie potrafił tego dokładnie wytłumaczyć, ale mieszkanie bez niej nie miało tego samego zapachu, ani koloru. Było jakby odrętwiałe, zastygłe w bezruchu.

Przeszedł do kuchni, gdzie miał zamiar wyciągnąć z lodówki zimne piwo. Tu zastał przy stole małą Paulę z głową pochyloną nad książkami. Mała, zazwyczaj bardzo radosna, dziś była wyraźnie zatroskana.

– Hola tío! – odezwała się nadąsana

-Matematyka? – zapytał Piotr domyślając się przyczyny jej złego nastroju. Paula pokiwała głową na znak potwierdzenia i dodała:

-Wujku dobrze, że jesteś, bo nie mogę sobie dać rady z tym zadaniem.

-Pokaż, co tam masz – Piotr pochylił się nad zapisaną w połowie kartką i spojrzał w miejsce, w które Paula nerwowo stukała ołówkiem

-Ile to jest trzysta jeden razy trzy Wujku- Paula spojrzała na niego błagalnie

-Trzysta jeden razy trzy… – zdumiał się Piotr- dziś już obliczałem takie mnożenie

-Nie wiesz, Wujku? –  ponaglała go dziewczynka

-Dziewięćset trzy – odpowiedział jak zahipnotyzowany Piotr i dotknął kieszeni, w której umieścił polskie banknoty i monety o takim nominale.

Potem pomógł jeszcze dziewczynce rozwiązać inne zadania, po czym polecił, by szykowała się do snu. Sam natomiast rozsiadł się w fotelu i wolno sączył zimne piwo z butelki do późnej nocy. Zastanawiał się nad tym zbiegiem okoliczności. Wiedział, że to nie był przypadek. Z każdą chwilą przekonywał się, że był to znak. Znak, że nadszedł właściwy czas na podjecie decyzji.

– Jak to było w tej książce – starał się sobie przypomnieć cytat wyczytany pewnego wieczoru znad ramienia zatopionej w lekturze Leticii. Chyba to szło tak: „Kiedy się czegoś pragnie, wtedy cały wszechświat sprzysięga się, byśmy mogli spełnić nasze marzenie.” – tak jakoś tak to było i powtórzył jeszcze w oryginale ten najważniejszy dla niego w tej chwili fragment „ todo o Universo conspira….

Zbiegi okoliczności i tajemnicza powtarzalność ciągów liczbowych w ważnych momentach jego życia, były dla niego jak drogowskazy. Wiedział, że jest na właściwej drodze. Z drugiej strony były dowodem na tę właśnie konspirację wszechświata. Wszechświat przemawiał do niego szyfrem. Jak wtedy, gdy decydował się na emigrację. Pamiętał dokładnie, że numer telefonu, który dostał od kolegi, by załatwić sobie wyjazd był powtórzeniem cyfr jego Pesela. Właśnie tak: 68250712801. Ten szyfr utorował mu drogę do miejsca gdzie się obecnie znajdował, a wynik mnożenia 3*301 kazał mu wyruszać w drogę powrotną. W tym momencie uświadomił sobie, jak bardzo pragnął wrócić do kraju.